Wielka Brytania weszła w okres politycznej zmiany. Po niespodziewanej rezygnacji Keira Starmera, funkcję premiera objął Andy Burnham. Jak zauważają komentatorzy, jest on już siódmym brytyjskim premierem od 2016 roku, co pokazuje skalę niestabilności, w jakiej znajduje się brytyjska klasa polityczna.
W swoim pierwszym wystąpieniu po objęciu urzędu, Burnham zadeklarował chęć wprowadzenia nowej jakości w rządzeniu. „Chodzi tu o umieszczenie właściwych wartości i standardów w centrum naszego rządzenia” – powiedział nowy premier. Zapowiedział, że troska o obywateli będzie fundamentem wszystkich jego działań. Wezwał również społeczeństwo do współpracy, by „zbudować nowe narodowe poczucie jedności, wspólnego celu i optymizmu”.
Pierwsze testy nowego rządu nie będą jednak łatwe. Największym wyzwaniem dla Burnhama okażą się relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Były lider Partii Pracy, Richard Power Saye, ocenił w nagraniu dla kanału „Wiadomości”, że nowy premier musi jak najszybciej „znaleźć się w dobrych księgach” Donalda Trumpa. Burnham, znany ze swoich proeuropejskich poglądów, będzie musiał lawirować między oczekiwaniami Waszyngtonu a dążeniem do zacieśnienia więzi z Unią Europejską.
Eksperci wskazują, że Burnham może próbować przesunąć brytyjską politykę zagraniczną nieco bliżej brukselskich struktur, co może wywołać napięcia z administracją w USA. „Każdy brytyjski premier ma bardzo ważnego przyjaciela, z którym musi żyć w zgodzie. Jest nim prezydent Stanów Zjednoczonych” – zauważył w rozmowie z „Wiadomościami” brytyjski analityk.
Redakcja ocenia, że przed Burnhamem stoi zadanie niemal niemożliwe. Musi z jednej strony zadowolić wyborców, którzy oczekują poprawy jakości życia, a z drugiej – utrzymać strategiczne sojusze, które w obecnych realiach są niezwykle kruche. Czy polityczny pragmatyzm wystarczy, by przetrwać na Downing Street 10? Czas pokaże, choć historia ostatnich lat nie napawa optymizmem.
Komentarze (0)
Ładowanie komentarzy...