25 sierpnia w godzinach porannych na moskiewskim lotnisku Wnukowo wylądował amerykański Boeing C-17A Globemaster III. Na pokładzie znajdował się John Ratcliffe, dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej USA. Wizyta nie była wcześniej zapowiadana, a według dostępnych informacji, Ratcliffe spędził w rosyjskiej stolicy cztery godziny na rozmowach z przedstawicielami rosyjskich władz. Do spotkania z samym Władimirem Putinem jednak nie doszło.
Jak zauważają komentatorzy, sytuacja łudząco przypomina wydarzenia z przełomu 2021 i 2022 roku, kiedy to poprzedni szef CIA również udał się do Moskwy tuż przed inwazją Rosji na Ukrainę. Wtedy misja miała charakter ostrzegawczy: USA dysponowały danymi wywiadowczymi o koncentracji rosyjskich wojsk przy granicy. Dzisiaj sytuacja wydaje się równie napięta.
Główna teoria wiąże wizytę Ratcliffe’a z rosyjską mobilizacją. Według doniesień „The Wall Street Journal”, amerykański wywiad posiada dowody na przygotowania Kremla do mobilizacji około 500 tysięcy żołnierzy tej jesieni. Celem tej operacji miałoby być otwarcie nowego frontu na Ukrainie, ale istnieje też scenariusz alternatywny: testowanie spójności NATO poprzez wywieranie presji na państwa bałtyckie. Estonia, Litwa i Łotwa, ze względu na ograniczony potencjał militarny, są w pełni zależne od sojuszników, co czyni je potencjalnie łatwym celem dla rosyjskich prowokacji.
Należy dodać, że 18 sierpnia, a więc tydzień przed wizytą szefa CIA, NATO przeprowadziło duże ćwiczenia lotnicze wokół Kaliningradu, angażując 25 nowoczesnych samolotów sojuszu, w tym amerykańskie i norweskie F-35. Był to wyraźny sygnał gotowości do obrony wschodniej flanki. Z perspektywy redakcji, niepokojący jest fakt, że w tym samym czasie w Moskwie przebywał także arcybiskup Paul Gallagher, szef dyplomacji Watykanu. Częstotliwość tak wysokich wizyt dyplomatycznych w tak krótkim czasie rzadko jest dziełem przypadku.
Istnieją jednak sceptyczne głosy. Pułkownik Maciej Korowaj w swojej analizie zauważa, że mobilizacja pół miliona żołnierzy wymagałaby ogromnych nakładów finansowych, które musiałyby najpierw pojawić się w budżecie oraz w rozporządzeniach Sztabu Generalnego i Rosgwardii. Takich śladów na razie brak. Zamiast tego Rosja kontynuuje mobilizację metodą "kropelkową", opartą na kontraktach i rezerwach, co czyni scenariusz nagłego, wielkiego uderzenia mało prawdopodobnym. Może zatem chodzić o serię mniejszych, hybrydowych prowokacji mających na celu badanie progu bólu Zachodu.
Komentarze (0)
Ładowanie komentarzy...